Jak Bogdan nauczył się odpowiadać na zarzuty bez podnoszenia głosu
Danuta Lewandowska
5 min czytania
Historia uczestnika kursu technik debaty, który przez lata unikał sporów przy rodzinnym stole, a dziś potrafi spokojnie przedstawić swoje zdanie i wysłuchać zarzutów do końca.

Spór przy niedzielnym obiedzie
Bogdan ma sześćdziesiąt jeden lat i przez większość życia pracował jako kierowca w zakładzie transportowym. Na kurs technik debaty zapisał się późną wiosną, po tym jak podczas niedzielnego obiadu pokłócił się z zięciem o remont domu. Jak sam mówi, miał rację, ale nikt tego nie usłyszał, bo po trzech zdaniach już krzyczał.
Opowiedział mi o tym na pierwszych zajęciach, trochę zawstydzony. Nie szukał sposobu na wygrywanie. Chciał, żeby przy stole dało się mówić do końca, bez ciągłego przerywania i bez trzaskania drzwiami. To dobry punkt wyjścia, bo kurs nie uczy przekrzykiwania, tylko porządku w tym, co mówimy.
W grupie było osiem osób, w podobnym wieku. Część przyszła z kłopotami w pracy społecznej, część z rodzinnymi, ale każdy opisywał to samo: w napięciu gubią się argumenty, a zostaje sama emocja. Bogdan zapisał w zeszycie jedno zdanie, które potem wracało co tydzień: najpierw ustalić, o co się właściwie spieramy.
Pierwsze ćwiczenie: jedno zdanie, jedna myśl
Prowadząca poprosiła uczestników, żeby swoje stanowisko w dowolnej sprawie zmieścili w jednym zdaniu, a następnie dodali jeden powód. Bogdan wybrał temat remontu: dach trzeba wymienić w tym roku, bo przeciek niszczy strop. Brzmi prosto, ale zajęło mu to prawie kwadrans, bo ciągle dopisywał kolejne wątki.
Okazało się, że w domu mówił zawsze naraz o dachu, o kosztach, o tym, kto ma rację w sprawie wykonawcy i o dawnej urazie sprzed lat. Rozmówca nie miał szans odpowiedzieć na nic konkretnego. Samo ograniczenie się do jednej tezy sprawiło, że Bogdan usłyszał własne słowa jakby z zewnątrz.
Warto spróbować tego w domu bez żadnego kursu. Weź kartkę, napisz swoje zdanie i jeden powód. Jeśli się nie mieszczą, to znaczy, że w rozmowie próbujesz wygrać kilka spraw jednocześnie, a to zwykle kończy się kłótnią.
- Jedna teza, jeden powód, jeden przykład
- Dopiero potem kolejna kwestia
- Wątki uboczne zapisz na później
Co robić, gdy padnie zarzut
Najtrudniejszy dla Bogdana był moment, w którym ktoś rzucał mu w twarz zarzut, zwykle krzywdzący i zbyt ogólny. Nauczył się zatrzymywać na dwa oddechy, zanim cokolwiek odpowie. Brzmi banalnie, ale w grupie ćwiczyliśmy to wiele razy, bo ciało reaguje szybciej niż myśl.
Potem przychodzi pytanie doprecyzowujące: co dokładnie masz na myśli, mówiąc, że nie słucham? Taka prośba zmienia rozmowę. Zarzut przestaje być ciosem, a staje się informacją, którą można sprawdzić. Często okazuje się, że druga osoba miała na myśli jedną konkretną sytuację, a nie całe lata.
Dopiero na końcu odpowiedź: przyznaję rację tam, gdzie ją widzę, i spokojnie zaznaczam, w czym się nie zgadzam. Bogdan przyznał, że przyznanie racji w drobnej sprawie było dla niego największą nowością. Wcześniej wydawało mu się, że każde ustępstwo to porażka.
- Dwa oddechy przed odpowiedzią
- Pytanie o konkret zamiast obrony
- Przyznanie części racji, jeśli jest uzasadnione
Rozmowa próbna i jej skutki
Na czwartym spotkaniu ćwiczyliśmy w parach. Bogdan dostał rolę zięcia, a partnerka, Krystyna, odegrała jego samego. Słuchał własnych argumentów w cudzych ustach i, jak powiedział później, zrozumiał, dlaczego nikt nie chciał ich słuchać do końca: były pełne słów w rodzaju zawsze, nigdy, wszyscy.
Zamiana ról to proste ćwiczenie, a robi więcej niż niejeden wykład. Zobaczyć swój styl z drugiej strony stołu to doświadczenie, którego nie da się zastąpić radą. Bogdan wrócił do domu i zapisał trzy zdania, od których chciał odtąd zaczynać trudniejsze rozmowy.
Nie obiecuję, że po kursie rodzina zgadza się we wszystkim. Bogdan też tego nie obiecuje. Mówi tylko, że kolejny spór o ogrodzenie trwał kwadrans, nikt nie wyszedł z pokoju, a sprawa została załatwiona jeszcze tego samego wieczoru.
Błędy, które Bogdan zauważył u siebie
Na koniec kursu poprosiłam uczestników o krótką listę własnych nawyków, które utrudniały rozmowę. Bogdan zapisał ich pięć i przyznał, że pisanie ich ręką było nieprzyjemne, ale pożyteczne. Najczęściej wracał do tego, że kończył cudze zdania, bo wydawało mu się, że wie, co usłyszy.
Podobne nawyki widzę u większości dorosłych. Nie wynikają ze złej woli, tylko z lat rozmów, w których liczyło się tempo, a nie dokładność. Dobra wiadomość jest taka, że po czterdziestce takie przyzwyczajenia da się zmienić, jeśli ćwiczy się je w bezpiecznych warunkach, bez presji wygranej.
Warto też pamiętać, że rozmowa nie jest egzaminem. Można powiedzieć: potrzebuję chwili, żeby to przemyśleć. Bogdan używa tego zdania coraz częściej i, jak twierdzi, ludzie traktują go po nim poważniej, a nie słabiej.
- Kończenie cudzych zdań
- Słowa zawsze i nigdy
- Odpowiadanie, zanim pytanie padnie do końca
- Podnoszenie głosu zamiast powtórzenia argumentu
Co z tego wynika dla Ciebie
Historia Bogdana nie jest wyjątkowa, i właśnie dlatego ją opisuję. Podobną drogę przechodzi wielu uczestników: od chęci wygrania sporu do chęci bycia zrozumianym. Kurs technik debaty daje do tego proste narzędzia, które można ćwiczyć przy kuchennym stole.
Jeśli wiosna zastała Cię przed trudną rozmową, zacznij od jednej tezy i jednego powodu. Spisz je, przeczytaj na głos, a dopiero potem idź porozmawiać. Reszta przyjdzie z praktyką, a każde kolejne ćwiczenie będzie łatwiejsze od poprzedniego.
Bogdan nie został mistrzem retoryki i nie o to chodziło. Nauczył się mówić jedną rzecz naraz, pytać o konkret, przyznawać rację tam, gdzie jest uzasadniona, i dawać sobie dwa oddechy przed odpowiedzią. Te cztery drobne nawyki zmieniły atmosferę niedzielnych obiadów. Jeśli chcesz zacząć we własnym tempie, wystarczy kartka, długopis i jedno zdanie, które naprawdę chcesz powiedzieć.